Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Pliki cookies
Aktualności (ostatni kwartał)
Specjały
Przepisy i receptury
Przyprawy
Poradnik Babci Aliny
Gwarzenie przy warzeniu
Ćwierkanie na tapczanie
Wierszowane jodło
Pokochajmy chwasty
Zioła
Miody
Wody mineralne
Wokół kuchni i stołu
Obyczaje
Rękodzieło
Biblioteczka
Na wesoło
Rozmaitości
Do pobrania
Redakcja
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
LISTA PRODUKTÓW TRADYCYJNYCH
BIBLIOTECZKA PDF
KUCHNIA WROCŁAWIA
FUNDACJA KLUB SZEFÓW KUCHNI

WRÓŻBY I ZWYCZAJE WIGILIJNE NA PODKARPACIU.


Nie ma chyba innego dnia w polskim kalendarzu równie bogatego w przesądy, zwyczaje i wróżby jak Wigilia Bożego Narodzenia.
Część z nich wciąż można spotkać w niektórych podkarpackich wsiach, większość jednak to relikt przeszłości, wart wszakże przywołania przy okazji Wigilii Anno Domini 2007.
- A A A +
Drukuj Drukuj
 E-mail  E-mail
RSS RSS
Przede wszystkim wierzono, że Wigilia to dzień, którego skutki będą odczuwane przez cały kolejny rok. Wszystko co się wydarzało w Wigilię powtarzać się miało aż do następnego grudnia. Nie wolno się było więc tego dnia kłócić, by swary nie zostały w domu na kolejny rok. Często ten dzień stawał się nawet swoistym pretekstem i okazją do pogodzenia się zwaśnionych od dawna sąsiadów czy krewnych (stąd też i inna nazwa Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia funkcjonująca na Podkarpaciu - Gody lub Święta Godnie). Nie wolno też było się lenić, zatem wstawano bardzo wcześnie rano, a właściwie jeszcze w nocy - około trzeciej lub czwartej - i zabierano się do pracy. Jeśli gospodarz chciał aby jego żona była pracowita przez cały kolejny rok, nie mógł jej pozwolić usiąść choćby na minutę aż do wieczerzy. Przestrzegano zakazu pożyczania czegokolwiek innym „by w domu nie ubywało” oraz używania igły i naprawiania czegokolwiek, by przez kolejny rok nic się nie psuło i nie wymagało naprawy. Warto było też tego dnia oddać wszystkie długi, by nie ciążyły nad rodziną przez kolejne miesiące. We wsiach lasowiackich szczęście zapewniała ponoć kradzież czegokolwiek - najczęściej czegoś z lasu. W powiecie leżajskim funkcjonował zwyczaj aby tego dnia przynajmniej raz przeorać pługiem zmarzniętą ziemię, by w przyszłym roku dawała obfite plony.

Wróżono też sobie na kolejny rok w przeróżny sposób. Jeśli ktoś wstawszy kichnął, miał być szczęśliwy i zdrowy. Gdy drzewa w sadzie wigilijnym rankiem pokryte były szronem, to rok miał być urodzajny. Ciekawym przesądem był ten, który mówił, iż jeśli któraś mężatka pragnie śmierci męża, wystarczy, że wczesnym rankiem zmówi pod najbliższą gruszą 7 pacierzy, a życzenie zostanie załatwione. Ten sam rytuał miał spełniać też marzenie panny o zamążpójściu. Gwarancję znalezienia pracowitego męża dawało zaś uprzędzenie choćby jednej nici lnu przez pannę. Jeśli dziewczyna chciała być piękna i zdrowa, wystarczyło, iż umyje się wodą, do której uprzednio wrzuciła czosnek lub srebrną monetę.


Ważne też było kto tego dnia odwiedza dom. Jeśli pierwsza do domu weszła kobieta, to znak, że albo ktoś umrze, albo dom nawiedzą inne nieszczęścia, dlatego widząc nadchodzącą niewiastę ryglowano drzwi lub wyrzucano ją siłą, tak by nie przekroczyła progu domu. Mężczyzna oznaczał szczęście, pod warunkiem jednak, że nie był ubrany w kożuch, bo wówczas zwiastował choroby. W niektórych powiatach także i odwiedziny kobiety mogły stanowić dobrą wróżbę. W jasielskim np. wierzono, że gdy dom pierwsza w Wigilię odwiedzi niewiasta, to w gospodarstwie na wiosnę wylęgną się same kokoszki, gdy zaś mężczyzna – to koguty. W przeworskim przyjście kobiety oznaczało urodzenie cieliczki, mężczyzny zaś – byczka. W większości miejscowości kobieta jednak oznaczała nieszczęście, stąd też praktykowano między sąsiadami zwyczaj wysyłania wczesnym rankiem nawzajem do siebie młodych chłopców, by to oni jako pierwsi nawiedzili dom sąsiada. „Połaźnicy”, zwani też „szczęściarzami” recytowali wierszowane życzenia:
 
„Winszuje Wom szczynścio, zdrowio,
samego dobrego, roku fortunnego,
a po śmierci królestwa niebieskiego.”
(Przysietnica)

lub

„Daj Wam Boże na ten Nowy Rok, żeby Was nie bolała głowa ani bok.
Żeby się Wam darzyło, mnożyło w każdym kątku po dzieciątku.
Byście mieli wołków, jak w płocie kołków,
Cieliczek - jak w lesie mrowiczek,
By na Waszym polu stał snop przy snopie, kopa przy kopie,
A gospodarz między kopami, jak miesiąc między gwiazdami.”
(Humniska)

lub
 
„Daj Wam Boże pełno wszędzie,
W kumorze i na grzędzie.
By się Wam dzieci chowały,
Byście mieli pełno bydła,
By cielęta i źrebięta w oborze skakały,
A krowy po skopcu mleka dawały,
By się Wam pszczoły roiły w pasiekach,
Byście mieli pełno zboża w sąsiekach!”
(Humniska)
 
a w zamian dostawali tzw. „szczodroki”, czyli dzieci - pieczywo świąteczne a dorośli - wódkę.

Przed wieczerzą, zwaną też „pośnikiem” lub „łobiodem” gospodarz wrzucał do miski z wodą monety, by wszyscy myjąc się nią, zapewnili sobie dostatek na kolejny rok. Pod stołem lub na stole kładziono siekierę lub inne metalowe narzędzie, co chroniło wszystkich od bólu w krzyżach. Na stole kładziono też nożyczki na zamążpójście panien lub ożenek kawalerów oraz klucze, by do domu nie dostał się żaden złodziej. Układano również ząbki czosnku, których obecność miała pozwolić odpędzić „złego”, który miał być tak łatwo wyczuwalny jak zapach czosnku. Obecność czosnku miała także przeciwdziałać chorobom gardła.

Do kolacji siadać musiała parzysta liczba osób, co miało dać gwarancję, że wszyscy spotkają się przy stole wigilijnym za rok. na Jeśli w rodzinie nie było parzystej liczby do stołu sadzano kota lub tzw. „dziada”, czyli snopek zboża ubrany po męsku, który symbolizował dusze zmarłych krewnych. Wigilia miała dawniej charakter zaduszkowy, o czym świadczy m.in. zwyczaj przygotowywania miejsca zmarłym. Uważa się, że tzw. „miejsce dla wędrowca”, czy też „miejsce dla nieznajomego” to pozostałość właśnie po miejscu przygotowanym dla dusz zmarłych członków rodziny. W niektórych wsiach wierzono, że zmarli uczestniczą w „pośniku” pod postacią niewidzialnych ptaków, w innych wsiach istniał zwyczaj chodzenia z poczęstunkiem, zwanym „kolędą” na groby zmarłych po wieczerzy wigilijnej. Potraw wigilijnych powinno być dwanaście, ze względu na - jak przyjmowano w poszczególnych miejscowościach - liczbę apostołów lub liczbę miesięcy. W tym drugim przypadku wierzono, iż gdyby zabrakło którejś z dwunastu potraw to w brakujący miesiąc zapanuje głód. Potrawy podawano w dużych misach, z których jedzono wspólnie, a każdy musiał skosztować każdej z potraw, gdyż inaczej sprowadziłby na dom nieszczęście. Nie wolno też było odłożyć podczas całego „łobiodu” łyżki, ani wstać od stołu, aby nie narazić się na bóle krzyży podczas żniw. Wyjątek od tej reguły stanowiła gospodyni, która donosiła kolejne potrawy.

Wieczerzy towarzyszyły rozmaite zwyczaje związane z potrawami mające sprowadzić szczęście i urodzaj. Pod misy z jedzeniem podkładano każdorazowo opłatek. Gdy przywarł on do naczynia wróżyło to urodzaj rośliny, z której przyrządzono danie. Przy jedzeniu grochu w zwyczaju było zapraszanie wilka do stołu, co miało go udobruchać i zapobiec napadaniu na domostwo. Gospodarz brał łyżkę grochu i rzucając przez okno lub próg wołał:
„Wilku, wilku chodź do grochu,
jeśli nie przyjdziesz teraz,
nie przychodź w ciągu roku”

Przy jedzeniu białego barszczu mierzwiono sobie włosy i wołano:
„Wiąż się żytko, wiąż!”

przy ziemniakach zaś:
„Wiążcie się ziemniaczki jak kocie łby!”

Jedząc kapustę łapano się za głowy „aby rodziły się kapusty wielkości ludzkich głów”, zaś podczas jedzenia grochu trącano się łokciami, by „strączki ładnie się wiły”.

W niektórych wsiach Podkarpacia istniał zwyczaj, iż podczas jedzenia kutii gospodarz rzucał jej łyżkę do powały i patrzył ile ziaren pszenicy i maku się do niej przylepi. Była to wróżba mówiąca ile kop pszenicy i żyta zbierze z pola w przyszłym roku. W innych miejscowościach zaś wróżono w ten sposób zamążpójście panny - jeśli kutia przylepiła się do powały, dziewczyna miała się wydać, jeśli nie - zostać w stanie panieńskim przez najbliższy rok. Urodzaj upraw wróżono też rzucając delikatnie talerz na podłogę. Jeśli upadł dnem do góry stanowił dobrą wróżbę. Gdy stanął w normalnym położeniu oznaczał głód na kolejny rok. W niektórych domach brano połowę chleba pszennego i połowę żytniego, wkładano między nie nóż i tak zostawiano na noc na oknie. Rano sprawdzano od której strony nóż zardzewiał - jeśli od chleba żytniego, to żyto miało obrodzić, gdy zaś od pszennego - urodzaj miał być na pszenicę.

Przepowiadano też pogodę. W tym celu patrzono jakie jest niebo - jeśli gwieździste, żniwa miały być suche i słoneczne. Innym zwyczajem było rozbieranie cebuli na 12 łupin i wsypywanie do każdej soli. Ustawione rzędem łódki z solą ustawiano na oknie przed „pośnikiem”, a o północy sprawdzano, w której z nich sól zawilgotniała, co znamionowało deszczowy miesiąc.

Po skończonej wieczerzy panny chcące wyjść za mąż wybiegały z domów by wróżyć która z nich się wyda w nadchodzącym roku. Zwyczaj ten przetrwał dzisiaj w postaci zabaw andrzejkowych. W niektórych wsiach panny po wyjściu na dwór wołały:
„Szczekaj pies, gdzie mój jest.”

i nasłuchiwały z której strony zaszczeka pies, bowiem stamtąd nadejdzie jej przyszły mąż. Gdzie indziej nawoływały i czekały z której strony odezwie się echo. Liczyły też kołki w płocie powtarzając kolejno: „kawaler, wdowiec” lub „młody, stary” lub zrzucały buty z nóg w stronę drzwi - jeśli but upadł noskiem, panna miała wyjść za mąż, gdy zaś spadł obcasem -pozostać w nadchodzącym roku w stanie panieńskim. W niektórych wsiach dziewczyny ciągnęły spod obrusa źdźbła siana - ta która wyciągnęła zielone miała się wydać za mąż. Ciekawą wróżba było rzucanie kotu tzw. „kogutków” wigilijnych, czyli klusek doprawianych tak jak kutia. Ta panna, której kluski kot pierwszej spróbował miała wyjść następnego roku za mąż, panny więc maczały rzucane kluski w tłuszczu, obtaczały w cukrze i innych łakociach, tak by zachęcić kota do zjedzenia tej, a nie innej. W niektórych wsiach zamążpójście wróżono także z cebuli - podobnie jak pogodę. Cebulę rozbierano na tyle łupin ile panien w domu i sypano do nich sól. Tej, której sól zawilgotniała wróżono zamążpójście.

Po wieczerzy wiązano łyżki słomą, by - zależnie od wsi - domownicy żyli w zgodzie lub by się bydło na pastwiskach nie rozchodziło. Bydło karmiono po wieczerzy tzw. „kolędą”, czyli odkładaną jedną lub trzema - w zależności od wsi - łyżkami każdej z wigilijnych potraw, opłatkiem i chlebem. Do dnia dzisiejszego przetrwała wiara w to, że po „kolędzie” zwierzęta mówią do siebie ludzkim głosem, jednak kto by tę ich rozmowę usłyszał musiałby umrzeć.

Na zdjęciach:
Izba z wystrojem wigilijnym - okolice Rzeszowa, I połowa XX w.


Tekst i foto: Iwona Oleniuch - potrawyregionalne.pl
© JM Media. All rights reserved.
 
Wróć ...
Napisz komentarz
  • Prosimy o komentarze odpowiadające tematowi newsa.
  • Personalne odniesienia do autorów artykułów i innych komentarzy będą usuwane.
  • Prosimy nie dodawać w komentarzach odnośnikow do swoich stron WWW. Takie komentarze również będą w całości usuwane.
  • Komentarze pozostawiane przez anonimowych, niezarejestrowanych użytkowników ukażą się na stronie dopiero po zaakceptowaniu przez moderatora.
Autor:
Komentarz:
TŁOCZNIA OWOCÓW PAWŁOWSKI
RZEMIEŚLNICZE WYROBY MASARSKIE
MELBA ZAPRASZA
EDYTA SZAST ZAPRASZA...
FESTIWAL ŚLĄSKIE SMAKI
KALENDARZ' 2017