Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Pliki cookies
Aktualności (ostatni kwartał)
Specjały
Przepisy i receptury
Przyprawy
Poradnik Babci Aliny
Gwarzenie przy warzeniu
Ćwierkanie na tapczanie
Wierszowane jodło
Pokochajmy chwasty
Zioła
Miody
Wody mineralne
Wokół kuchni i stołu
Obyczaje
Rękodzieło
Biblioteczka
Na wesoło
Rozmaitości
    Prezentacje
    Spotkania
Do pobrania
Redakcja
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
LISTA PRODUKTÓW TRADYCYJNYCH
BIBLIOTECZKA PDF
KUCHNIA WROCŁAWIA

POETKA WIELKIEGO DUCHA.

Wrażliwość i wyczucie pisarskiego smaku odnaleźć można w strofach każdego jej wiersza. Człowiek wielkiego ducha, szczera, serdeczna kobieta - dla przyjaciół Wandeczka, oficjalnie Wanda Łomnicka Dulak. Jaka jest prywatnie piwniczańska poetka? - co nieco opowiedziała o tym "Dziennikowi Polskiemu".

Wielu ludziom stojącym 16 czerwca 1999 r. na starosądeckich Błoniach zakręciły się łzy w oczach, gdy zgromadzony tam wielotysięczny tłum zaintonował gromkim głosem dla papieża Jana Pawła II "Krakowioka sądeckiego". Autorką słów była Wanda Łomnicka Dulak. Ona też płakała.
- A A A +
Drukuj Drukuj
 E-mail  E-mail
RSS RSS

To co się wówczas działo
było dla mnie wydarzeniem nieprawdopodobnym. Edward Grucela, będący wówczas w zespole przygotowującym oprawę wizyty Ojca Świętego powiedział do mnie któregoś dnia, że trzeba by przygotować coś wyjątkowego, coś regionalnego, co odda nasze przywiązanie do ziemi, na której mieszkamy od pokoleń. Nie ulegało wątpliwości, że musi to być krakowiak. Napisanie słów do powszechnie znanej melodii przypadło właśnie mnie. Miałam straszne obawy, czy sprostam temu zadaniu. Serce mi kołatało. Musiałam przecież napisać coś w imieniu całej ziemi sądeckiej. Ale chyba udało się. Tam, na starosądeckich Błoniach odetchnęłam z ulgą, a z oczu popłynęły mi łzy. Pociekły dlatego, że tych słów z rozczuleniem wysłuchał nasz papież i cień uśmiechu przebiegł po jego stroskanej twarzy.
 
Od tego czasu upłynęło wiele wody w Popradzie. O poezji, prozie poetyckiej i tekstach gwarowych wychodzących spod pióra Wandy Łomnickiej-Dulak stało się głośno. Na rynku księgarskim pojawiło się kilka nowych tomików wierszy piwniczańskiej autorki. W ostatnią niedzielę pani Wanda stanęła przed licznym audytorium zgromadzonym w piwniczańskim Miejsko Gminnym Ośrodku Kulturalnym, by za usilną namową przyjaciół świętować 20-lecie pracy twórczej. Jak zawsze ubrana w odświętny strój Czarnych Górali przyjmowała życzenia i słowa uznania z lekkim zażenowaniem. Zawsze skromna, mało wylewna, rzadko mówiąca o swoich uczuciach.
 
Moje miejsce na ziemi
to Piwniczna, to Kosarzyska, gdzie się urodziłam, to góry i przodkowie od dawna tu mieszkający, często zmagający się z przeciwnościami losu i panującą tu kiedyś biedą. Moim przedszkolem były nieskalane, czyste, piękne łąki i lasy. Tam właśnie uczyłam się poznawania świata. Kosarzyska to piękna dolina, do której w czasach mojego dzieciństwa dojeżdżały dwa autobusy dziennie, to dom pełen ciepła i miłości, który często odwiedzał też dziadek mieszkający na tzw. Śmigowskim - Czarny Góral z krwi i kości. Dla mnie, kilkulatki, Kosarzyska oprócz jedynego w swoim rodzaju uroku i krajobrazów, miały również specyficzny zapach - zapach łąki wczesnoczerwcowej, siana, ziół i miodu leśnego, grzybów i borówek, które zbierało się całymi koszami. Mówiąc w przenośni, Kosarzyska to dla mnie zapach piękna, o ile można użyć takiego określenia. I dobrze, że mój ojciec Michał, który był leśniczym, a w czasach okupacji kurierem, nie opuścił tych stron, choć spora część rodziny, szukając łatwiejszego chleba, wyemigrowała na ziemie zachodnie. Gdy byłam już nastolatką, przenieśliśmy się niżej, na Zawodzie, gdzie ojciec wybudował nowy dom. To też piękna, choć trochę inna od Kosarzysk dolina.
 
Czasy szkolne wspominam
jako szkołę życia, gdzie nauczono mnie nie tylko wzorów i formułek, ale także szerszego spojrzenia na rzeczywistość. Uczyłam się w Technikum Ekonomiki Rolnictwa w Marcinkowicach. Nie był to z pewnością mój świadomy wybór. Zachęcono mnie i tam usiadłam w ławce szkolnej. Miałam jednak olbrzymie szczęście, że moim polonistą był profesor Józef Gościej - "Senior roku 2007" w Małopolsce, który robił, jak na małą podsądecką wioskę rzeczy niepospolite. On to bowiem zapraszał na spotkania z nami wybitnych ludzi pióra i sceny. Do dziś pamiętam fascynujące spotkania z poetą Tadeuszem Nowakiem, pisarzem Julianem Kawalcem, aktorami Jerzym Trelą czy Teresą Budzisz Krzyżanowską. Po tych spotkaniach inaczej zaczęłam odczytywać poezję, patrzeć na to, co mnie otacza. Tam zetknęłam się z folklorem Lachów Sądeckich, Górali Łąckich i wówczas zrozumiałam, jak bogata jest nasza piwniczańska kultura, kultura "Czarnych Górali". Oczywiście, wpływ na takie pojmowanie miał też z pewnością dom rodzinny, szczególnie mama Albina, która była dla mnie strażniczką gwary. To, że dziś potrafię biegle mówić i pisać gwarą, to wyłącznie jej zasługa. Czy zawód księgowej, jaki teraz wykonuję i fascynacja gwarą to dwa wykluczające się bieguny? W jakimś sensie tak, ale muszę to jakoś godzić. Choć czasami przydaje się przy konstruowaniu strof wiersza ścisły, analityczny umysł księgowej. Czy gdybym za namową prof. Gościeja poszła na polonistykę, to wcześniej chwyciłabym za pióro? Może tak, może nie. Któż to może wiedzieć. Nie można zawrócić potoku, który płynie, i trzeba zdać sobie sprawę z przemijania. Wtedy nie uzmysławiałam sobie jeszcze tego, że we mnie drzemią jakieś zdolności literackie.
 
Pierwsze wiersze...
napisałam pod wpływem mamy. Miałam wówczas chyba osiem lat. Do dziś mam zeszycik z tymi tekstami. Potem było długo, długo nic. Aż w 1986 r., kiedy to Piwnicznej nadawano Krzyż Walecznych, zdecydowałam się napisać krótki tekst o naszym mieście. Reżyser Andrzej Górszczyk zaakceptował go jako element programu uroczystości. Po tym debiucie czegoś w życiu mi brakowało. Zaczęłam więc pisać wiersze, może troszeczkę nieporadne na początku. Trafiłam jednak do ludzi, którzy zaopiekowali się moim małym talentem - do Marii i Eugeniusza Lebdowiczów. To oni w dużym stopniu ukształtowali mój styl, mój sposób myślenia. U nich na konsultacjach spędziłam wiele wieczorów. To dzięki nim zdecydowałam się na wydanie w 1993 r. pierwszego tomiku wierszy - "Modlą się ze mną łąki". Długo więc, jak widać, trwało kształtowanie mojego poetyckiego stylu. Czy Lebdowiczowie dostrzegli we mnie jakiś nieoszlifowany diament? Pewnie tak. Z pewnością mam im wiele do zawdzięczenia. Piszę, bo muszę, bo tak czuję. Czasem impuls, czasem chwila refleksji powoduje, że chwytam za pióro. Przelewam, czy to w języku literackim, czy to w gwarze swoje odczucia na papier.
 
W gwarze jest
melodyjność, harmonia a także i skoczność. Warto do niej wracać. Gdy słyszę dawno zapomniane słowo gwarowe, to cieszę się jak dziecko. To jakby coś, co wykopało się po latach z ziemi. W folklorze jest zaś pewna mądrość życiowa, przeszłość, są w nim cienie moich przodków.
 
Książką, która wywarła na mnie największe wrażenie
jest Biblia. Jest w niej olbrzymi zasób poezji, piękna języka, a jednocześnie tyle mądrości. Czytam przede wszystkim poezje. Ostatnio urzekła mnie książka Wojciecha Kudyby "Gorce Pana".
 
Z siostrą bliźniaczką
Zosią, która jest ode mnie młodsza o 15 minut, wiąże mnie jedność myślenia. Jest też między nami pewne podobieństwo fizyczne, choć jedna jest bardziej podobna do mamy, druga do taty. W dziecinnych sporach ze starszym bratem Antonim wykazywałyśmy zawsze babską solidarność. Mamy też jeszcze najstarszą siostrę Marię, która jest już na emeryturze, a uczyła kiedyś języka rosyjskiego w jednym z oświęcimskich liceów.
 
Jestem zdecydowaną racjonalistką
Ale nieraz zdarza mi się robić rzeczy najzupełniej niespodziewane. Jakiś diabełek czasem podkusi. W tym roku poniosło mnie aż na Rysy. Z upływem lat coraz bardziej pociągają mnie wędrówki po górach. Tam relaksuję się najlepiej. Przemierzyłam już wiele szlaków, mało uczęszczanych ścieżek. Do takiego wędrowania zachęcił mnie nieżyjący już Jacek Durlak, który wprost ze szlaku na Niemcową odszedł na niebiańskie ścieżki. W górach jest tajemnica i wolność. Z ich perspektywy wszystkie bolączki dnia codziennego wydają się mniejsze, zupełnie nieważne. Lubię pomodlić się w górach, gdyż wydaje mi się, że tam Bóg jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.

                
 
W kuchni jestem
chyba pomocą kuchenną. Mam bowiem kłopoty z przyprawianiem potraw. Nie jest to moja najmocniejsza strona. Zaledwie kilka z nich potrafię przyrządzić nieźle. Moją specjalnością jest robienie ciasta na pierogi czy naleśniki. Bardzo lubię kuchnię regionalną, tradycyjną - zupę korpielową, pierogi z suszonymi śliwkami i cyr, który robi się z mąki razowej wrzuconej do wrzącej, osolonej wody.
 
Nie jestem osobą przesądną
i nie wpadam w panikę, gdy czarny kot przebiegnie mi drogę. Niektórzy z okolic Piwnicznej wierzą jednak w uroki. Z dawnych lat pozostało też wiele przesądów. Wyciągnięcie grubego źdźbła trawy z wigilijnej wiązki siana oznaczać ma, że rok będzie zdrowy. Przyklejenie ziaren owsa rozsypanego na stole do gorącego garnka postawionego na nich oznacza urodzaj. Gdzieniegdzie zachował się zwyczaj zakładania wydmuszek jajecznych na drzewa owocowe, by spowodować większy urodzaj. O różnych takich wierzeniach dowiedziałam się bardzo dużo, zbierając materiały potrzebne mi do opisania dawnych scen obrzędowych, prezentowanych później na scenie chociażby przez amatorski teatr z Łomnicy Zdroju. Te zwyczaje w znacznym stopniu już zanikły bądź zanikają. Wiele z nich opisałam w swej stałej rubryczce "Babskie godanie" drukowanej w naszym miesięczniku "Znad Popradu". Być może kiedyś zbiorę je w całość i postaram się wydać w formie książkowej.
 
Wybaczać można wszystko
Wybaczenie jest bardziej potrzebne nam, niż osobie, której chcemy wybaczyć. Kiedyś, w drzwiach kościoła pewna kobieta powiedziała do mnie: - Wie Pani, najważniejsze jest wybaczenie. Może ta osoba miała rację.
 
Nie akceptuję w sobie
tego, że niekiedy biorę na siebie zbyt dużo obowiązków, i nie zawsze jestem w stanie wywiązać się z wszystkich. Nie akceptuję też tego, że jestem czasami za smutna, zmagająca się z rzeczywistością, która mnie przerasta. Nieraz uciekam więc w świat marzeń. Gdy zamykam powieki, widzę obrazy z dzieciństwa, mamę rozpalającą ogień w piecu i moje ukochane góry. U innych zaś drażni mnie zacietrzewienie, zupełne zamknięcie się w sobie. Cenię zaś tych, którzy są otwarci, wyrozumiali, tych którzy są jasnym promykiem dla innych.
 
Poeta moim zdaniem
to człowiek po trosze szczęśliwy, po trosze nieszczęśliwy, naznaczony zbyt dużą wrażliwością, zbyt dużym odczuwaniem, a jednocześnie obarczony olbrzymią odpowiedzialnością za słowo. Pięknie powiedziała o tym kiedyś Ewa Lipska. Według niej twórczość poetycka winna biednym kojarzyć się z pieniądzem, a umierającym z życiem. Skłaniałabym się też do takiej hipotezy. Nagrody literackie to tylko zewnętrzny przejaw uznania, ważniejszym jednak jest to, co się nosi w sercu i co chce się przekazać innym.
 
Podróż moich marzeń
to Ziemia Święta. Mam nadzieję, że uda mi się tam kiedyś pojechać, do źródeł naszej wiary. Razem z zespołem Dolina Popradu zwiedziłam wiele krajów europejskich. Jako działacz kulturalny miałam okazję być w Armenii czy nawet Korei. Niezapomniane wrażenie pozostawił przelot nad Syberią, jej rzekami, jeziorem Bajkał. Zawsze będę wspominać pobyt we Włoszech - w Rzymie, Asyżu, Wenecji, San Giovani Rotondo. Piękna jest Armenia, leżąca w cieniu góry Ararat, z ciekawą kulturą, gościnnymi ludźmi. Nie zamieszkałabym jednak w żadnym z tych krajów. Najbliższa jest mi bowiem Piwniczna, Kosarzyska.

Spotkaniem, które wywarło na mnie największe wrażenie to
audiencja u Ojca Świętego. Choć odbyło się ono bez zbędnych słów, to przyjechałam z niego zupełnie odmieniona. Tak przynajmniej stwierdziła moja rodzina. To ciepłe spojrzenie naszego papieża dało mi w darze chęć zmiany życia, pełnego otwarcia się na innych. Był to rok 2001. Wygrałam wówczas konkurs na list do papieża ogłoszony przez Centrum Kultury Katolickiej "Wiatrak" w Bydgoszczy pod hasłem "Ojcze Święty - wstąpiłem w III tysiąclecie". Nagrodą był wyjazd do Rzymu i możliwość osobistego wręczenia tego listu naszemu wielkiemu rodakowi. Ceremonia miała miejsce na placu św. Piotra, ja zaś podczas uroczystości ubrana byłam w nasz regionalny strój, na co papież zwrócił uwagę i przyjął to bardzo ciepło.

                       

Ulubiony mój aktor
to bez wątpienia Danuta Szaflarska, kobieta niezwykle skromna i piękna życiowo i co najważniejsze mająca w rubryce miejsce urodzenia - Kosarzyska, mówiąca płynnie, oczywiście nie w filmach, naszą gwarą. Muszę zobaczyć jej ostatni film "Pora umierać", gdzie ponoć zagrała rewelacyjnie.

                

"Dolina Popradu" to dla mnie
doskonała odskocznia na wszelkie zmartwienia, troski. Gdy jestem przybita, zmęczona, to idę na próbę. Tam sobie pośpiewam, potańczę, posłucham żywej, ognistej muzyki. Ten mój romans z zespołem trwa już blisko 20 lat.
 
Gdy będę na emeryturze
to zagospodaruję dany mi czas bardzo pracowicie. Chciałabym być nadal pożyteczna.
Dokonania i twórczość Wandy Łomnickiej-Dulak z pewnością nie pójdą w zapomnienie. Danuta Sułkowska, polonistka, poetka i krytyk literacki ze Starego Sącza jest przekonana, że "Krakowiok sadecki" napisany dla Ojca Świętego wejdzie do annałów literatury. Trzeba też wierzyć, że następne 20-lecie twórczości pani Wandy będzie tak owocne jak to, które parę dni temu minęło.
 
Wysłuchała: Iga Michalec - „Dziennik Polski”
Foto: Leszek Horwath
© JM MEDIA 2007. All rights reserved.
 
Wróć ...
Napisz komentarz
  • Prosimy o komentarze odpowiadające tematowi newsa.
  • Personalne odniesienia do autorów artykułów i innych komentarzy będą usuwane.
  • Prosimy nie dodawać w komentarzach odnośnikow do swoich stron WWW. Takie komentarze również będą w całości usuwane.
  • Komentarze pozostawiane przez anonimowych, niezarejestrowanych użytkowników ukażą się na stronie dopiero po zaakceptowaniu przez moderatora.
Autor:
Komentarz:
TŁOCZNIA OWOCÓW PAWŁOWSKI
MELBA ZAPRASZA
EDYTA SZAST ZAPRASZA...
FESTIWAL ŚLĄSKIE SMAKI
KALENDARZ' 2017