Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Pliki cookies
Aktualności (ostatni kwartał)
Specjały
Przepisy i receptury
Przyprawy
Poradnik Babci Aliny
Gwarzenie przy warzeniu
Ćwierkanie na tapczanie
Wierszowane jodło
Pokochajmy chwasty
Zioła
Miody
Wody mineralne
Wokół kuchni i stołu
Obyczaje
Rękodzieło
Biblioteczka
Na wesoło
Rozmaitości
Do pobrania
Redakcja
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
LISTA PRODUKTÓW TRADYCYJNYCH
BIBLIOTECZKA PDF
KUCHNIA WROCŁAWIA

OSTATKI I BABSKI COMBER.


„Zapusty” - staropolski karnawał  kończyły ostatki” odbywające się we wtorek poprzedzający środą popielcową. Było to ukoronowanie pięciodniowego nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Nie wiadomo kiedy symbolem końca karnawału oraz ostatków (zwanych także:  „kusymi dniami”, „kusakami”, „kusym wtorkiem”, „szalonymi dniami”, „podkoziołkiem,  „śledzikiem, szczodrakami lub „zagowinami) stał się śledź. Prawdę mówiąc - szkielet śledzia wnoszony na patyku między hulających - przez gospodarza, z wybiciem północy obwieszczającym nastanie środy popielcowej i postu. Gospodarz na tę okoliczność wygłaszał uroczystą orację. Podawano na stoły postny, cienki żur. Cichł zgiełk, przerywano zabawę. Rozpoczynało się czterdziestodniowe postne umartwianie.
- A A A +
Drukuj Drukuj
 E-mail  E-mail
RSS RSS
Dni mięsopustne czyli ostatki miały też nazwę „dni szalonych”. Po wszystkich gospodach odbywały się tańce i hulanki. Dziewki niepobrane zamąż i parobcy niepożenieni ciągnęli kloc do gospody, gdzie póty lano nań wodę, aż gospodarz okupił się sutym poczęstunkiem. A potem baby skakały przez ten pień „na len” a gospodarze „na owies”, powiadając, że jak wysoko kto podskoczy, tak wysoki będzie miał len lub owies w tym roku. Piszący to pamięta, jak pewien profesor, kupiwszy sobie wieś na Podlasiu, zapragnął przyjrzeć się temu zwyczajowi ludowemu, lecz zaledwie ukazał się we drzwiach karczmy, gdy wesołe i podchmielone baby pochwyciły swego dziedzica i przymusiły do skakania przez pień w środku izby, aż musiał się im wiadrem piwa wykupić. Lud powiada, że we wtorek zapustny stoi djabeł za drzwiami karczmy i spisuje wychodzących z niej po północy... - pisał Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”.

Zapustna obrzędowość była bardzo bogata, a wiele kultywowanych w tych dniach obyczajów i praktyk miało swoje źródła w pogańskich praktykach Słowian. Już w XVI wieku potępiano je, a ks. Jakub Wujek pisał o bawiących się w tych dniach... Mięsopusty od czarta wymyślone bardzo pilnie zachowują.
Szczególnie huczne były ostatnie trzy dni Zapustów, definitywnie kończące karnawał. Szlachta urządzała wykwintne biesiady, bale, bawiła się po dworach i karczmach.

Stanisław Kaczor-Batowski, „Zabawa w Chrieptiowie”
(ilustracja do „Pana Wołodyjowskiego”).

Za panowania Augusta III odbywały się - na wzór włoskiego karnawału - maskarady (do udziału w wielkopańskich i szlacheckich hulankach nie dopuszczano mieszczan). Obżerano się przy tym niemiłosiernie, w myśl znanego nam współcześnie porzekadła „hulaj dusza, piekła niema”, o czym przekonują nas dowodnie te oto strofy:

Mięsopusty, Zapusty,
Nie chcą państwo kapusty,
Wolą sarny, jelenie,
I żubrowe pieczenie.
Mięsopusty, Zapusty,
Nie chcą panie kapusty,
Pięknie za stołem siędą,
Kuropatwy jeść będą.
A kuropatwy zjadłszy,
Do taneczka powstawszy,
Po tańtu z małmazyją
I tak sobie podpiją.
Mięsopusty, Zapusty,
Nie chcą panny kapusty,
Wolałyby zwierzynę,
Niźli prostą jarzynę...

Kraków na karnawałowej mapie Polski zapisał się też w sposób szczególny… „babskim combrem”, świętowanym już na przełomie XVI i XVII wieku. Dzisiaj wiąże się go z tłustym czwartkiem, ale przed wiekami przypadał we wtorek poprzedzający środę popielcową.
Rankiem, przy kościele Matki Bożej na Piasku (na rogu ulic: Karmelickiej i Garbarskiej), zbierały się krakowskie przekupki - babami wówczas powszechnie zwane - poprzebierane wymyślnie. Zamiast wielkopańskich atłasów i tiulów wdziewały na siebie zgrzebne worki, koronki zastępowała… słoma, a ozdobę włosów stanowiły… wióry.
Do rynku ruszał podchmielony, roześmiany i  rozwrzeszczany pochód niosący na czele wielką słomianą kukłę. To był „Comber” - wredny krakowski wójt, który - jak głosiło prastare podanie - niemiłosiernie gnębił przekupki, zabraniając im nawet handlu na rynku oraz zaprowadzał surowe obyczaje zakazując wszelakich zabaw (a nawet śmiechu) w karnawale. Według jednych podań Comber miał przenieść się do wieczności w tłusty czwartek, według innych - we wtorek poprzedzający środę popielcową. Stąd zapewne wtorkowe… egzekwie”.
Około południa pochód - mający już nieźle w czubach - docierał na rynek i brał miasto w posiadanie. W odwecie za Combra, po przylegających do rynku ulicach, ścigani byli wszyscy noszący portki. Młodych, a szczególnie kawalerów przykuwano do kłody drewna, którą musieli włóczyć za sobą. Ku uciesze gawiedzi wieszano im na szyjach wieńce z suchych grochowin. Stateczni, żonaci i starsi mężczyźni byli zaczepiani, otaczani i porywani do pląsów, czyli… combrzeni.

    

Erno Erb - „Przekupki”

Do tańca i podskoków zmuszano najpoważniejszych mieszczan, ba - nawet i rajców. Z takiej „niewoli” należało się wykupić nie tylko brzęczącą monetą, ale także namiętnym pocałunkiem lub trudną do wyliczenia ilością zwykłych całusów. Pląsające i tańczące koliska były tak wielkie, że niejednokrotnie otaczały całe Sukiennice !!!
W finale, na znak dany przez babskiego marszałka”, baby rzucały się na kukłę i w mgnieniu oka rozszarpywały ją na strzępy.

W 1846 r.  policja austriacka ostatecznie zakazała dalszych obchodów
babskiego combra”, który był nie w smak konserwatywnej monarchii. Faktycznie, ostentacyjny… feminizm imprezy musiał budzić głęboki niepokój. Zakaz ten - jak mało który zakaz wprowadzony przez zaborców - okazał się na tyle skuteczny, że w wolnej Polsce babski comber” jako element krakowskiego karnawału, a także bardzo oryginalny element karnawału polskiego, nie odrodził się już nigdy.

W dawnej Polsce, w ostatki niszczono i symbolicznie „zabijano” nie tylko kukłę Combra na krakowskim rynku.   Do dzisiaj, w  Jedlińsku na Ziemi Radomskiej, we wtorek poprzedzający Popielec, odbywa się na rynku „Sąd nad Śmiercią” (symbolizującą koniec karnawału), zakończony jej symbolicznym ścięciem - tzw. jedlińskie kusaki.
Po uliczkach chodzą Cyganie i Żydzi, dziady i dziadówki, niedźwiedzie i niedźwiednicy, nowożeńcy w ślubnych szatach, ksiądz i policjant, „krakusy” w barwnych, regionalnych strojach i diabły. No i jest postać najważniejsza dla tego dnia - ubrana na biało „Śmierć”.
Widowisko „Ścięcie Śmierci” odgrywane jest według XIX - wiecznego scenopisu autorstwa ks. Kloczkowskiego., ale jego tradycje sięgają prawdopodobnie XVII w.  i jak twierdzą etnografowie mogą mieć bezpośredni związek z historią miejscowości, której w XVI w. nadano magdeburskie prawa miejskie (w tym własne sądy i  prawo wykonywania wyroków śmierci przez ścięcie mieczem).
Na rynku zbiera się trybunał składający się z burmistrza, wójta i ławników. Przed jego oblicze doprowadzana jest „Śmierć”, pojmana na Spalonej Grobli nad rzeką Tymianą, „bo się w kusaki upiła i swoją kosę zgubiła”. Długi przewód sądowy zawsze kończy wyrokiem skazującym „Śmierć” na śmierć, przez ścięcie mieczem.Zwłoki „Śmierci” (a prawdę powiedziawszy -  jej szaty) wkładane są do trumny zbitej z surowych desek i wiezie wozem (zasiadają na nim kat i diabły) w kondukcie, z którym idzie całe miasto. Kondukt ten jest bardzo hałaśliwy bowiem diabły walą z całej siły w wieko trumny pięściami i drewnianymi pałkami. Konduktowi towarzyszy tez łoskot drewnianych kołatek i terkotek.

Na posterunku policji kat składa meldunek o wykonaniu wyroku, a na plebanii prosi księdza o wpisanie wydarzenia do ksiąg parafialnych i wystawienie aktu zgonu. „Śmierć” wywożona jest poza granice miasta, a idący w kondukcie wracają na rynek, gdzie bawią się do północy bawią się, piją, tańczą i śpiewaj.

   

Warto obejrzeć relacje z „jedlińskich kusaków”,

które otworzą się po kliknięciu w zdjęcia.

W innych regionach niszczono i symbolicznie zabijano (najczęściej przez ścięcie) również i inne postacie symbolizujące wszelakie zło.
Do początku XIX w., na Rynku Głównym w Krakowie odbywało się ścinano Mięsopusta - słomianą kukłę włóczoną uprzednio po placach i ulicach.
Na Kujawach, na zakończenie ostatkowych zabaw, symbolicznie „zabijano” grajka. W karczmie, tuż przed północą, mężczyźni chwytali przygrywającego do tańca muzykanta i na taczkach wywozili go na miejsce stracenia. Zwykle symbolicznym miejscem kaźni były rozstajne drogi, przy których „wyrok” wykonywano przez lekkie uderzanie grajka w głowę  workiem wypełnionym popiołem. W finale tego obrzędu na miejscu „egzekucji” rozpalano wielki ogień. Niekiedy wieszano grajka (części garderoby, kapelusz oraz skrzypce) na drzwiach karczmy, dając widomy znak do bezwarunkowego zamilknięcia wszelkiej muzyki przed Wielkim Postem.

Były też i inne obyczaje ostatkowe, które dziś obecne są tylko w opisach etnograficznych.
Do końca XIX w., w zapuśny wtorek dziewczyny i chłopców, którzy w czasie karnawału nie stanęli na ślubnym kobierców, a nawet się nie zaręczyli wprzęgano do ciężkiej drewnianej kłody. Nazywano ją kłodą popielcową i zmuszano, aby wśród śmiechów i szyderstw, ciągnęli ją przez całą wieś lub ulicami miasta do karczmy. Tam musieli wykupić się, fundując wszystkim obecnym piwo i gorzałkę. Miało to być kara i wykup za to, iż nie podjęli jeszcze obowiązków i ciężarów stanu małżeńskiego i niezasłużenie, co najmniej przez rok, cieszyć się będą swobodami wolnego stanu. W ten sposób, zgodnie z obyczajem, piętnowano i wyszydzano staropanieństwo i starokawalerstwo.

Na Kujawach i w Wielkopolsce, dziewczyny, które nie wydały się podczas karnawału, brały udział w zabawie - obrzędzie zwanej podkoziołkiem. W ostatkowy wtorek zbierały się w karczmie, opłacały muzykę i tańczyły ze sobą, podczas każdego tańca rzucając pieniądze na talerz ustawiony w pobliżu orkiestry, na beczce z piwem, pod umieszczoną na niej figurką drewnianą, wyobrażającą chłopca lub kozła (symbol męskości i płodności), czyli pod koziołka. Mówiono że dają w te sposób swój podkoziołek - czyli okup za uciechy wolnego stanu, ale także i okup składany w intencji swego przyszłego, możliwie szybkiego zamążpójścia. Śpiewały przy tym: 

Oj, trzeba dać podkoziołek, trzeba dać,
Dobrze było cały roczek wywijać!
Oj, trzeba dać koziołkowi trzeba dać
Jeśli która z nas ma jeszcze się wydać!

We wszystkich regionach zapustnych przebierańców („dziadów zapustnych”, drabów zapustnych”) chętnie przyjmowano i goszczono. Bawiono się z nimi, dowcipkowano, śmiano, harcowano. Powszechnie wierzono w tajemny związek zachodzący pomiędzy ich przybyciem, obecnością w domu i obejściu, a rychłym nadejściem wiosny, budzeniem się przyrody do życia i rozpoczęciem prac gospodarskich.

Ludowe zapusty - karnawał chłopski był pod każdym względem niesamowity. Był to złożony i obfitujący w różne praktyki obrzędowe i magiczne, świąteczny zespół, który odróżniał się od innych ludowych świąt tym, że nie był związany z żadnymi kościelnymi ceremoniami religijnymi. W zapusty na wsi bawiono się, powszechna radość i uciecha opanowywała dusze chłopskie. Na ten czas zapominano o problemach i trudach codzienności wiejskiej, przyjemność i zabawę stawiano ponad obowiązki i pracę. Najhuczniej i najweselej obchodzono ostatki podczas, których skupiały się najważniejsze, najliczniejsze, bardzo ciekawe obrzędy i zwyczaje. Był to czas wyczekiwany przez ludność wiejską. Świadczą o tym choćby słowa piosenki śpiewanej przez iwonickich gospodarzy:

Nie masz nic najmilszego, nad zapust kochany

Rozweseli on każdego, choćby był stroskany.
Hoc w zapusty, hoc wesoło, nuże dalej, nuże w koło...

czytamy na stronach Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie.

Dziadów znad Popradu, chodzących u Czarnych Górali od chałupy do chałupy, w ostatnią sobotę i niedzielę karnawału, przypomina w specjalnym, gwarowym tekście Wanda Łomnickiej-Dulak...
Patrzcie sie, jak to zaś ten cas przelecioł, kieby jaki nojbardzi prendki ptosek. Co dopiyro chodziuły po chołpaf kolendniki, co dopiyro gwiozda sie mieniuła po biołyf polaf, a jus za niedługućko pódom zapuśne dziady.
Ee, co jo tyzto godom, dzie ta pódom, chyba ino if cienie, co to przed rokami przy miesioncku chodzały po lutowyk, jesce zmarznietyf ściyzkaf. Przecie teroz zapuśnego dziada u nos ani na lykarstwo.
A jesce śtyrdzieści roków temu chodziuły te przebiyrańce łod chołpy do chołpy i wymiatały przed wielgiem pustem. Bo tyz pust to był pust, a nie takie delektuwanie sie cejcem  jak dzisiok.
Chodziuły wom te dziady, wymurcane sadzom z pieca, wyprzebiyrane w stare kozuski, wywrócone do góry włosem. Uwidzieć takiego po ćmoku, to była łotupa. Jak wleciały do chołpy, jak narobiuły ruchu, to sie zaroz widziało, kieby if nie było kieloro, ino ze dwadzieścioro.
Chodziuły z takiemi mietłami, śkrabakami i w cały chołpie wymiatały z kątów ku piecowi, coby if późni spolić i juz bez tyf zapuśnyf uciech pust zacońć.
Dzisiok sprzydałyby sie ludziom, ej sprzydały, takie zapuśne dziady.
Niekby wymietły z ciemnyf kątów te nase uciechy, moze i wtencos we wielgiem puście nie byłoby tańcuwanio, moze wiencyj byłoby przemyśluwanio nad tem, po co łon łostoł ustanowiony.
No, ale jus póde, bo mi sie barz zmiyrknie i jesce mie fto z jakomsi zapuśnom dziadówkom pomyli.

Swoją zapustną specyfikę miało też Podkarpacie. Na stronach rzeszowskiego Muzeum Etnograficznego czytamy…Bardzo popularnym zwyczajem był także zwyczaj chodzenia drabów czy też dziadów zapustnych. A. Karczmarzewski tak opisuje typowego draba z Ropczyckiego: „...miał na głowie stary filcowy kapelusz, a na twarzy czerwoną maskę. Ubrany był w odwrócony podszewką do wierzchu serdak lub „łoberok” czyli kurtkę, stare spodnie związane przy butach powrósłami z siana lub słomy, w ręku trzymał cepy ze słomianym bijakiem”.
Po wsi krążyli mężczyźni poprzebierani za Cyganów, Żydów, żebraków, włóczęgów czy dziadów. Gospodarze witali ich z otwartymi ramionami w drzwiach swoich domostw. Wierzono bowiem, że ich wizyty są zapowiedzią dobrobytu i urodzaju. Przebierańcy bawili gospodarzy swymi występami i oracjami, czyniąc przy tym wiele hałasu i wrzawy. Wierzono, że budzą oni przyrodę, i zapowiadają szybkie nadejście wiosny.

          

                          

Podkarpackie draby dawne i współczesne.

Na Lubelszczyźnie i Ziemi Sandomierskiej odbywały się  „bachuski” (od imienia greckiego boga Bachusa - patrona wina, wiosny, słońca, odradzającej się przyrody i miłości). Bachusem nazywano chłopca ubranego w słomiane powrozy, albo słomianą lalkę, którą na sankach lub wózku obwożono po wsiach. „Bachus” przedstawiał towarzyszący mu orszak i pozdrawiał domowników następującą „oracją”...

Słońce o zachodzie wschodzi,
a o wschodzie zachodzi,
a kurcze kokoszę rodzi,
każdy na opak gada,
a deszcz z ziemi do nieba pada...


...i czekał na datki (pieniądze, kołacze, placki, jajka, kawałek słoniny lub jakiejś wędliny), które powinny były trafić do jego kosza.

W Krakowie oraz w sporej części Małopolski „bachusami” nazywano grupę złożoną z księcia Zapusta, ubranego w długą sukmanę i wysoką papierową czapkę, przybraną dzwoneczkami i kolorowymi wstążkami. Towarzyszyli mu: profesor z oślą głową, dziad i inni przebierańcy. Orszak ten chodził po domach, a u progów Zapust wygłaszał następująca przemowę:
 
Ja jestem Zapust, mantuański książę.
Przychodzę z dalekiego kraju,
gdzie psi ogonami szczekają,
ludzie gadają łokciami,
a jedzą uszami.
Słońce o zachodzie wschodzi,
a o wschodzie zachodzi,
a kurcze kokoszę rodzi.
Każdy na opak gada,
A deszcz z ziemi do nieba pada.

Potem przedstawiał swój orszak poczynając od profesora i domagał się datków. Najczęściej otrzymywał kiełbasę lub kawałek wędliny, kołacz lub słodki placek. Dziad skrzętnie gromadził wszystkie zebrane dobra w wielkim koszu.

W podsądeckiej Dąbrówce, jeszcze ćwierć wieku temu, chodziły „zocki zopustowe” - chłopcy przybrani wstążkami, z czapkami noszonymi daszkiem do tyłu. Wchodzili do domów mówiąc wierszowany tekst:
 
Zacek jo se zacek
niewiela mi ceba 
docie dwa jojecka
 pójdziecie do nieba...

Zbierali drobne datki, jajka, ciasto, słodycze.

W tej miejscowości robiono też sobie „zopuśne figle” - np. rozbierano na części wozy sąsiadów,  a następnie składano je w całość na dachach stodół. Gospodynie z Dąbrówki baczyły by „wiecerzo zawcasu polić, żeby się muchy nie czymały w chłopie” oraz „w zopusty nie prasować, nie szyć, nie robić na drutak, bo gady bedo się wiły koło chołpy”.

Na Kurpiach domy odwiedzał Zapust, ale w tym regionie jeździł (a raczej udawał, że jeździ) na koniku, z drewnianą głową i tułowiem wykonanym ze starej skrzynki bez dna lub z kosza zaopatrzonego w parciane pasy, które jeździec wieszał sobie na ramionach. Jego przybycie dawało znak do rozpoczęcia najbardziej szalonych zabaw i  figli oraz było oznaką końca karnawału.
W tym regionie odbywało się także „pożegnanie grajka”. O północy, z zapustnego wtorku na środę popielcową, chwytano grajka przygrywającego bawiącym się w karczmie. Sadzano go na taczkach i wywożono w polana pole, gdzie go porzucano. O grajka rozbijano gliniany garnek z popiołem, symbolicznie go uśmiercając oraz wypuszczano w pola ukrytego kota - na znak postnej „ucieczki” od jadania mięsa.
W okolicach Poznania i Płocka chodzono z bocianem.

Michał Elwiro Andriolli, „Kolędnicy noworoczni”
(podobne grupy chodziły w Zapusty - red.).

 

Na ziemiach mazowieckich, położonych nad Narwią, jeszcze w połowie XX wieku, chodzono z chłopcem przebranym za konika, śpiewając:

Hulaj, hulaj koniku
Po zielonym gaiku.
Gdzie nasz konik pochodzi
Tam się żytko urodzi.
Gdzie nasz konik nie chodzi
Tam się żytko nie rodzi.

W innych częściach Mazowsza oprowadzano także niedźwiedzia lub obwożono na dwukołowym wózku drewnianego kurka, zbierając datki na wyprawienie uczty w gospodzie, śpiewając:

Zapusty, Zapusty!
Wyciągajcie szperę z kapusty.
Jak nie ma w kapuście,
to będzie za węgłem.
Otwierajcie już drzwi,
bo czekać nie będziem.
albo:
Jak ja ci doskoczę
Do komina z cicha!
Bo się tam gotuje
Kiełbasa i kicha.
Czy brać, czy nie brać,
Czy na drugich zaczekać?

Jeszcze w XIX wieku, we wtorek zapustny, w karczmach zbierały się zamężne, stateczne gospodynie, by przed wybiciem północy wykonać specyficzne taniec - zwany „na wysoki len i konopie” - składający się z rytmicznych podskoków, którym towarzyszyły okrzyki...

Na len na konopie, żeby się rodziły,
żeby nasze dzieci nago nie chodziły.

Za ich przykładem szli obecni w karmie mężczyźni. Dołączając do podskoków i rzucając w górę czapki wykrzykiwali:

...na żyto (na proso), na ziemniaki, na owies.

Podskoki musiały być jak najwyższe, by rośliny rosły jak najwyżej, a plony i zbiory były udane i obfite.

Przypatrzcie się wstępnej środzie
Jak tańcuje na ogrodzie.

 
Warto również wspomnieć o prastarym słowiańskim zwyczaju stanowiącym ważny element zabaw zapustnych, który do dzisiaj praktykowany jest już tylko przez Łużyczan - uroczystym pochodzie par zwanym „Zapustowym pśeśěgiem”.
To właśnie w Zapusty podczas biesiad i kuligów (te, jako nieodłączny element karnawału i Zapustów, wymagają odrębnego opisu) kojarzono małżeństwa, wyprawiano zrękowiny (zaręczyny) i weseliska (kolejną porą sprzyjającą swataniu były „Sobótki” i „Noc Kupały”, czyli dni przechodzenia z wiosny w lato).

W bogatszych domach (głównie szlacheckich i mieszczańskich) nastanie Wielkiego Postu następowało wraz z podaniem „maślanej kolacji”. Ten szczególny posiłek nosił nazwę „podkurek”, gdyż spożywany był tuż pierwszym pianiem koguta, czyli już w Środę Popielcową.
Kolacja ta składała się ze śledzi innych ryb, mleka jaj oraz chleba. Bywało, że w półmisku z podkurkiem ukrywano żywego wróbla. Gdy pan domu zdejmował pokrywę - ptak wylatywał, co symbolizowało jeszcze dobitniej, że na całe sześć tygodni odlatują sute poczęstunki i zabawy.

Na Litwie i w części Podlasia stawiano na stole nakryty półmisek. Z wybiciem północy, z wtorku na środę, podnoszono pokrywę. Wylatywał spod niej wróbel (symbolizujący mięso), a na półmisku pozostawały dwa śledzie. Rozpoczynający się tym rytuałem Wielki Post witano takim oto wierszem:

Któż się to tam na przypiecku krząta:
Wstępna Środa Żurowi uprząta,

Wstępna Środa następuje,
Pani matka Żur gotuje
A pan ojciec siedzi w dziurze:
- A witajże, mości Żurze!
Wiwat, wiwat, wiwat!

Bardzo ciekawy zwyczaj zapustny - zwany „wywozinami” - przetrwał do dzisiaj w Kobierzycku,na Ziemi Sieradzkiej. Jak czytamy w witrynie Gminnej Bibiolweki Publicznej we Wróblewie...
Według Ignacji Piątkowskiej, sieradzkiej etnografki z końca XIX wieku, obrzęd ten odprawiano we Wróblewie w środę popielcową:
W dniu tym stare wieśniaczki na saniach oryginalnie przybranych przyjeżdżają po każdą młodą dziewczynę, która w tym roku wyszła za mąż w ich wiosce i tańcząc a śpiewając wiozą młodą towarzyszkę do karczmy, gdzie następuje wykupienie czyli wspólny poczęstunek, celem wprowadzenia raz pierwszy nowo zamężnej do grona gospodyń obchodzących tradycyjnie wstępną środę.
Przed drugą wojną światową, zwyczaj ten odbywał się w zapustny wtorek we wsi Kobierzycko. Organizowała go żona włodarza z dworu strojąc wraz z innymi mężatkami tam pracującymi, mały ręczny wózek na którym wywożono po kolei młode mężatki.
Włodarzowa i inne kobiety przebierały się za dziadów, chłopów, druciarzy, Cyganów i Cyganki. Robiąc wiele hałasu woziły młode mężatki przez całą wieś. Młodej dawały lalkę lub kądziel. Na koniec zawoziły ją do domu. Tam zaś młoda częstowała kobiety wódką.

   

Zwyczaj ten jest nadal kultywowany we wsi Kobierzycko, ale w nieco zmienionej formie. Wywozi się młodych traktorem na przystrojonych wozach lub przyczepach. Na przyczepie jest coś w rodzaju baldachimu, pod którym siadają młodzi. Młoda otrzymuje lalkę. Objeżdżają wieś, a na koniec udają się do domu młodych, gdzie odbywa się przyjecie trwające niekiedy do późnych godzin wieczornych. We wsi jest tyle wywozin, ile jest młodych par, które wstąpiły w ostatnim roku w związek małżeński. Podczas przejazdu robi się wielki hałas wykorzystując do tego puszki, pokrywki, garnki, wiadra itp.

Na zakończenie przeglądu zapustnych zwyczajów i obyczajów trzy przysłowia związane z tymczasem, z których ostatnie było przepowiednią suszy:

Gdy w mięsopusty mrozy lub śniegi panują,
Wina i chleba mało obiecują.

We Wstępną Środę zapuść brodę,
A żurek staw na murek.

Kiedy pada w ostatni wtorek,
To ze lnem uciekaj na dołek.


Opracowanie: Leszek Horwath - potrawyregionalne.pl
© JM Media. All rights reserved.

Foto: archiwum

Na zdjęciach (nie podpisanych):
* Zapust - drzeworyt ze zbiorów Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.
* H. Walter - „Kościół Marii Panny  i św. Wojciecha w Krakowie” 1860.

Wybrane publikacje:
*
Zygmunt Gloger, „Encyklopedia staropolska”, Warszawa 1972.
* Andrzej Karczmarzewski, „Ludowe obrzędy doroczne w Polsce południowo-wschodniej”, Rzeszów 2012.
* Barbara Ogrodowska, „Święta polskie: tradycje i obyczaj”, Warszawa 1996.
* Barbara Ogrodowska, „Krągły rok”, Warszawa 1997.
 
Wróć ...
Napisz komentarz
  • Prosimy o komentarze odpowiadające tematowi newsa.
  • Personalne odniesienia do autorów artykułów i innych komentarzy będą usuwane.
  • Prosimy nie dodawać w komentarzach odnośnikow do swoich stron WWW. Takie komentarze również będą w całości usuwane.
  • Komentarze pozostawiane przez anonimowych, niezarejestrowanych użytkowników ukażą się na stronie dopiero po zaakceptowaniu przez moderatora.
Autor:
Komentarz:
TŁOCZNIA OWOCÓW PAWŁOWSKI
MELBA ZAPRASZA
EDYTA SZAST ZAPRASZA...
FESTIWAL ŚLĄSKIE SMAKI
KALENDARZ' 2017